back to basic...?



miliony rzeczy się zmieniły. miliony, setki... ale tak na prawdę, to wszystko stoi w miejscu. ponad dwa lata razem, a ciągle czuję, jakby to był początek. chociaż nie, na początku było lepiej. było zainteresowanie, ciekawość, porządanie, chęć spędzania czasu razem. i ta tak potrzebna spontaniczność ciągle była żywa.
może, gdy ludzie mieszkają ze sobą 9 miesięcy to tak już jest? tym bardziej, gdy jedno z nic nie ma do tego "wspólnego" mieszkania, bo to jest Jego mieszkanie. On płaci rachunki, spłaca kredyt i figuruje w księdze wieczystej. zastanawiam się czyje to mieszkanie jest bardziej: człowieka, który robi co miesiąc przelewy na jego utrzymanie czy człowiek/człowieczka, która pierze tego właściciela gatki, prasuje koszule, pamięta, żeby zmierzył ciśnienie, sprząta Jego toaletę...? pilnuje o urodzinach, narodzinach, pępkowych, imieninach, rocznicach ślubu lub o tym, że trzeba byłoby zaprosić rodziców...? albo zmienia obrus, firanki, kupuje materiał na zasłonki?
gubię się. pomimo tego, że mam całą teczkę przepisów, to żaden z nich nie jest na szczęście... lub nawet kolorową posypkę życia.
życie z kruszonką. nie uważacie, że to mogłoby być coś ciekawego? i gdyby ktoś tak miał jeszcze bitą śmietanę...


jest mi tak pięknie smutno. jak kiedyś...



arytmia-uczuc 2011-07-25 21:35:02
skomentuj (0)